W dzieciństwie twórczość jest czymś organicznym. Rysujemy, śpiewamy, tańczymy, budujemy szałasy w lesie, gotujemy zupy z błota i kwiatów, konstruujemy światy z klocków. I nie robimy tego po to, żeby było to idealnie piękne, ale tak po prostu, z chęci ekspresji i stworzenia czegoś nowego.
Jest to sposób na wyrażenie siebie, przeżycie emocji, zrozumienie świata. Z czasem jednak wiele z nas traci kontakt z tym twórczym aspektem. W szkole dowiadujemy się, że nasze rysunki, opowiadania, gra na instrumencie nie są “dość dobre”, a w ogóle to najlepiej zapomnieć o tworzeniu i zająć się czymś produktywnym.
W trakcie dorastania coś, co było źródłem radości i regulacji emocji, staje się czymś wstydliwym albo nieistotnym. A jeżeli młody człowiek wejdzie na ścieżkę edukacji artystycznej, to często poddawany jest tam ostrej dyscyplinie, co również może skutecznie zgasić płomień spontanicznej ekspresji.
Jednak ta naturalna, instynktownie twórcza część w nas nigdy nie znika, tylko czeka, aż znów ją zauważymy i zrobimy dla niej przestrzeń. I nie chodzi tutaj o talent, ani o efekt końcowy, tylko o sam proces.
Spontaniczna twórczość omija kontrolę i analizę. Pozwala wyrazić coś, co nie przeszłoby przez cenzurę codziennego stanu umysłu. To trochę jak śnienie na jawie.
Według Junga i podejść terapeutycznych wywodzących się lub inspirowanych jego dorobkiem, sny i twórczość mają ze sobą wiele wspólnego, ponieważ pochodzą z tych samych głębokich, nieświadomych warstw naszej psychiki.
Każda osoba czasem doświadcza emocji, które trudno nazwać i właśnie wtedy sięgnięcie po kartkę i kredki (albo pisanie, lepienie z gliny, śpiewanie, ekspresyjny ruch itd.) może stać się formą rozmowy z samą_ym sobą.
Gdy pozwalasz swojej ręce rysować, nie wiedząc jeszcze co z tego wyniknie, gdy podążasz za linią, kolorem, ruchem, to zaczynasz słuchać czegoś głębszego w sobie – i to może być dla Ciebie terapeutyczne.
Może więc warto zatrzymać się na chwilę.
Zamknąć oczy i podążyć za tym, co zacznie się pojawiać.
A potem wziąć kartkę i zacząć pisać, rysować.
Albo spróbować przełożyć to na ruch, czy dźwięk.
Bez oceny i presji na to, jaki ma być efekt końcowy.
Może to właśnie tutaj zaczyna się droga powrotu do siebie?

Twórczość jest dla mnie ważną częścią życia i bardzo chętnie wykorzystuję ją również w mojej pracy terapeutycznej. Podczas sesji zdarza się, że proszę np. o narysowanie czegoś, czy wcielenie się w jakąś rolę.
Takie interwencje mogą niepostrzeżenie zaowocować dotarciem do czegoś znacznie głębszego w nas, niż byłoby to możliwe jedynie poprzez rozmowę i pracę na poziomie poznawczym.
A sporą dawkę wiedzy i nowych pomysłów w obszarze arteterapii przyniosła mi ostatnio książka “Jungian Art Therapy: Images, Dreams, and Analytical Psychology” Nory Swan-Foster. Jest to zarówno zbiór przykładów z praktyki, jak i opowieść o korzeniach i rozwoju arteterapii – szczególnie tej inspirowanej dorobkiem Junga.
Autorka prowadzi czytelnika przez historię tej dziedziny i pokazuje, że twórczość od samego początku była obecna w psychologii analitycznej jako most między światem wewnętrznym, a zewnętrznym, między tym, co świadome i tym, co nieświadome. Przedstawia również główne koncepty, które składają się na podejście jungowskie, czyli mapę psychiki, teorię archetypów i kompleksów, syntezę, funkcję transcendentną itd.
Polecam wszystkim osobom, które ciekawi język obrazów, snów i aktywnej wyobraźni.


Leave a comment