O jesienno-zimowych podróżach

Published by

on

12.11.2024

Przez kilka lat z rzędu w listopadzie albo byłam już w jakiejś dalekiej podróży “do cieplejszych krajów”, albo mentalnie szykowałam się do tego, aby wyruszyć w nią na zimę. Pełnia jesieni i nadchodząca zima były dla mnie czymś nie do zniesienia – szczególnie w tych latach, gdy mieszkałam na Islandii i ten okres wiązał się z ciemnością panującą przez większość doby.

W Polsce ten czas też jest trudny, jednak na Islandii doświadcza się tego w sposób dość ekstremalny, chyba głównie przez kontrast – ciemność przychodzi po letnim okresie niekończącego się światła i zaczyna pochłaniać całą energię, zabierać to, czego wcześniej dostało się za dużo, wyrównuje rachunki. Bardzo dobrze pamiętam to uczucie, jakbym poruszała się w smole, wszystko wydawało się być o ileś procent cięższe, a moje ciało kilkadziesiąt lat starsze. Rano tak trudno było wstać i jechać do pracy w tej ciemnicy.

Znajdowało się różne sposoby na to, żeby jakoś sobie z tym radzić, najczęściej poprzez ucieczkę w jakiś nadmiar – czy to imprezy, czy to pracy, czy obu tych rzeczy naraz. Ja w końcu zaczęłam uciekać geograficznie, bo w tej specyficznej sytuacji wykonywania najmniej płatnych prac w jednym z najbogatszych krajów na świecie, było mnie stać na to, żeby kupić sobie bilet samolotowy do praktycznie dowolnej destynacji na świecie, a potem, przynajmniej na część pobytu, zawsze można było znaleźć sobie jakiś workaway z bezpłatnym noclegiem albo wybierałam takie kierunki, żeby móc odwiedzić kogoś znajomego.

Oczywiście bałam się tych dalekich podróży, jednak potrzeba doświadczania i poznania czegoś zupełnie odmiennego od tego, co znam, była silniejsza. Mogłabym opowiadać naprawdę bardzo długo o tym, co mi dały te podróże i jak to jest być Włóczykijem, jednak siedząc sobie w szare listopadowe popołudnie w Warszawie, po ponad roku spędzonym głównie w tym samym miejscu, myślę o tym, że jednej rzeczy bym się raczej nie spodziewała – że te podróże wraz z paroma innymi ważnymi rzeczami, którymi zajmowałam się w ostatnich latach, bardzo mocno wpłyną na zmianę mojego postrzegania i doświadczania Polski.

Chyba jakoś od czasu ostatniej wiosny co chwilę łapię się na tym, że przyglądam się mojemu warszawskiemu otoczeniu i wszystkim zmianom, które zachodzą w przyrodzie, tak jakbym oglądała ten spektakl po raz pierwszy w życiu. I nawet teraz, w tym ciemnym listopadowym okresie, pomimo ciężkości i dyskomfortu, czuję jakiś taki wewnętrzny spokój, który kiedyś był czymś bardzo odległym.

Pewnie za jakiś czas znów zawoła mnie włóczykijowy zew podróży i chęć wyruszenia gdzieś w świat i wtedy znów się do tego stawię, ale z innego miejsca, niż dotychczas. Tymczasem, na co dzień zajmuję się podróżami po wewnętrznych krainach – własnych oraz innych osób, a także podróżuję sobie poprzez muzykę i opowieści w książkach i filmach.

Leave a comment