13.06.2024
Cieszę się z dobrego przyjęcia mojego podcastu i z okazji do wymiany myśli szczególnie w temacie odpoczynku, zwolnienia, zatrzymywania się, które w naszej kulturze jest tak trudne. Ewidentnie jest to żywy temat.
Moim zdaniem smutna prawda jest taka, że jest to coś, czego musimy się nauczyć, ponieważ mało kto z nas to potrafi. Gdy myślę o jakimś takim najjaskrawszym przykładzie tego, że nie potrafimy zwolnić i odpocząć, to przychodzi mi wspomnienie mojej pracy za minimalną krajową na chłodni w porcie industrialnym Reykjaviku, gdzie zajmowałam się pakowaniem warzyw i owoców przypływających z całego świata na statkach. Pakowałam je w plastikowe opakowania, które później trafiały do supermarketów.
(Ogólnie jako migrantka mam doświadczenie bycia w obszarze nizin hierarchii społecznej, za co jestem bardzo wdzięczna, bo pomimo tego, że były to trudne doświadczenia, to jednocześnie bardzo poszerzające horyzonty.)
Pomijając smutek, jaki wywoływało to ile towaru przypływało już zepsutego i ile tego się wyrzucało + ile plastiku szło na to pakowanie, to jednak chyba najbardziej przykre było obserwowanie, jak w tej pracy zachowywały się inne osoby z Polski. Pomimo, że nie obowiązywały żadne normy do wyrobienia, ani szef nikogo nie pospieszał, to ludzie sami siebie nawzajem dyscyplinowali, popędzali, zachowywali się agresywnie wobec osób, które pracowały wolniej lub jakoś się odróżniały. Ja wytrzymałam tam 2 miesiące i była to dla mnie duża lekcja na temat tego, jak ludzie sami potrafią być swoimi własnymi katami i jeszcze wymagać tego katowania się od innych.
Z dzisiejszej perspektywy, z całą moją wiedzą psychologiczno-terapeutyczną wiem, że takie zachowania wynikają z różnych zranień osobistych i właśnie z przekazów kulturowych, w których się dorasta i jestem pełna współczucia dla tych osób, jednocześnie stojąc twardo w moim przekonaniu, że to naprawdę nie ma sensu się tak zajeżdżać i nic dobrego dla nikogo z tego nie wynika. Chciałabym też, żeby więcej mówiło się o destrukcyjnych aspektach “kultu produktywności” (aka “kult zapierdolu”), bo wciąż jest to temat niszowy (na wszelki wypadek dodam: nie uważam, że każda produktywność jest zła, tylko że w dzisiejszych czasach to jest doprowadzone do jakiejś niewyobrażalnej przesady i to jest niszczące).

25.06.2024
Kontynuując temat odpoczynku i norm kulturowych, według których przede wszystkim praca i produktywność świadczą o naszej wartości, to ostatnio wracają do mnie wspomnienia sezonu letniego 2019, gdy poleciałam do Reykjaviku i na miejscu znalazłam pracę na pełen etat w pralni, a jednocześnie co drugi weekend w barze. Z pralni zostałam zwolniona po 2 tygodniach, bo to było nowe miejsce i zatrudnili za dużo osób. W końcu wylądowałam w pracy na chłodni w porcie, przy pakowaniu warzyw.
Umowę pracy w chłodni podpisałam na 3 miesiące, ale po 2 miesiącach pracy od poniedziałku do piątku od 8:00 do 16:00 połączonej z dodatkowymi zmianami nocnymi w barze w co drugi weekend, któregoś dnia po prostu nie byłam w stanie rano się podnieść z łóżka. Nie chodziło o to, że coś mnie bolało, tylko po prostu czułam, jakbym miała na sobie wielki, przytłaczający mnie głaz, który nie pozwala mi się podnieść i tak leżałam do wieczora.
Dodam jeszcze, że miałam wtedy też takie sytuacje, że np. w piątki po pracy czy w jedyne wolne dni, jakimi były niepracujące weekendy, szłam jeszcze występować w różnych miejscach z moimi projektami muzyczno-sound art’owymi (a jak to z “muzyką niezależną” bywa, nie łączyło się to z zarobkiem, tylko ewentualnie z jakąś symboliczną kwotą lub graniem dla zajawki), a także spotykałam się ze znajomymi, chodziłam na różne wydarzenia, wtedy też pierwszy raz byłam na warsztacie o pracy ze snami. Czyli zajęta byłam praktycznie cały czas.
Pamiętam, że miałam wtedy takie myśli, że nie mogę tak po prostu zrezygnować z pracy po 2 miesiącach, skoro podpisałam umowę na 3 miesiące i po dwóch dniach “chorobowego”, które przysługują na Islandii bez obowiązku podawania przyczyny dlaczego się nie przyjdzie do pracy, stwierdziłam, że muszę iść do lekarza i wziąć od niego zaświadczenie, żeby mieć jakieś usprawiedliwienie, że ja już nie mogę pracować. Poszłam do przychodni, opowiedziałam lekarzowi co i jak i czy może mi napisać jakieś zaświadczenie, że ja nie mogę pracować, a on powiedział mi wtedy:
– But you know you are not a slave, right? You can quit a job if you don’t want to work anymore.
Podczas, gdy większość migrantów narzeka na islandzkich lekarzy, że są niewyrozumiali i traktują ich problemy z pobłażaniem, to akurat dla mnie słowa tego lekarza były totalnie otrzeźwiające i dały mi walidację, żeby wyjść z tego autodestrukcyjnego transu pracy i produktywności, w który wpadłam. Z dzisiejszej perspektywy czuję, że oprócz toksycznych narracji kulturowych, zarządzało wtedy mną również ego i chęć udowodnienia (sobie? innym?), jak dużo jestem w stanie robić i jak wiele wytrzymać. Przykre, że właśnie do takiego funkcjonowania i przekraczania swoich własnych granic, jesteśmy socjalizowane i przyzwyczajani – żeby traktować siebie i swoje ciało jako maszynę i sklejać tę całą produktywność z poczuciem własnej wartości i mieć poczucie winy, gdy już się nie ma na to siły.
Dlatego chcę dokładać swoją cegiełkę, żeby ten kult produktywności słabł i transformował się w coś bardziej sprzyjającego zrównoważonemu życiu, stąd mój pomysł na zajęcia Praktyki odpoczynku na Polu Mokotowskim
A to zdjęcie zrobiłam podczas wycieczki na górę Esja, gdzie spontanicznie pojechałam z przypadkiem spotkanymi na mieście znajomymi, jakoś zaraz po tym, jak odeszłam z pracy w przy-portowej chłodni. Pamiętam, jak patrzyłam stamtąd na reykjawicką zabudowę, która z daleka wyglądała jak klocki lub pudełka po zapałkach i miałam to poczucie, którego często można doświadczyć pośród monumentalno-księżycowego islandzkiego krajobrazu – jakie to życie ludzkie jest małe i jakie te wszystkie nasze problemy są nieistotne. A potem się wraca do miasta i się o tym zapomina i znów problemy się stają duże, więc po jakimś czasie trzeba znowu coś zrobić, żeby się zdystansować i tak w kółko ![]()


Leave a comment